Promocja z klasy do klasy w pakiecie

Tajlandia

Wakacje w tajskich szkołach zbliżają się wielkimi krokami, a co za tym idzie, nauczyciele mają więcej pracy. Przygotowują egzaminy końcowe, drukują, kserują, wystawiają oceny. Można powiedzieć, że to norma, wszędzie tak jest, a różni się tylko okresem, w którym zaczynają się wakacje. W Tajlandii trwają od połowy marca do połowy maja. Dodatkowo uczniowie mają cały miesiąc „ferii” w październiku. Jednak, czy wystawianie ocen, układanie i przeprowadzanie egzaminów wygląda tak samo jak, na przykład, w Polsce? Zdecydowanie nie. Tajlandia słynie z wielu absurdów życia codziennego. Życia szkolnego również. Piszę o tym, ponieważ moje uczestnictwo w tym wielkim absurdzie trwa, skończy się dopiero w połowie marca i chętnie się dzisiaj z Wami jego cząstką podzielę :).

Zaczęłam pracę w zeszłym semestrze, tak mniej więcej 1,5 miesiąca przed jego końcem. Przedmiot, który prowadzę (konwersacje z angielskiego) trwał cały semestr. Jak się okazało tylko w teorii, bo nikt oprócz jednej nauczycielki, która i tak swoich godzin miała wystarczająco dużo i nie była w stanie prowadzić 10h dodatkowego przedmiotu w tygodniu, nie mówi po angielsku. Ale konwersacje z angielskiego były i koniec kropka. Tak na marginesie, schemat oceniania w mojej szkole opiera się na zbieraniu punktów w trakcie semestru (max. 70) i zdaniu egzaminu semestralnego (max. 30 pkt). W sumie, jak widzicie, dzieciaki mogą zebrać 100 pkt. Minimalna ilość punktów, jaką muszą uzyskać, żeby zdać to 50. Krótko mówiąc, przez semestr, w którym zaczęłam pracować już powinny ich trochę uzbierać, tzn. powinny mieć szansę ich uzyskania przez jakieś testy, prace i inne zaliczenia. Pod koniec semestru każdy nauczyciel musi się z nich rozliczyć dlatego miałam nadzieję, że otrzymam jakiś wykaz ocen cząstkowych uczniów i będę mogła go tylko przez te 1,5 miesiąca uzupełnić. Zapewniano mnie, że tak będzie. Jak się domyślacie nigdy żadnej oceny nie zobaczyłam i dowiedziałam się o tym na dwa tygodnie przed egzaminami semestralnymi. Także tak. Zapytałam nauczycielki, z którą prowadzę część lekcji, co mam z tym zrobić. Odpowiedziała: „Mało czasu zostało. Wystaw im punkty na oko.”. No dobra, z chęcią, ale nie jestem w stanie ocenić w miarę sprawiedliwie 350 uczniów, których dopiero co poznałam. Odpowiedziała: „Nina, nie bierz do siebie tych punktów i ocen, wystaw tak, żeby każdy miał powyżej połowy”. A jak ktoś nie zasługuje na połowę? Tym sposobem dowiedziałam się o jednej ciekawostce.

W Tajlandii wprowadzono ustawę, która mówi o tym, że każdy uczeń musi zdać do następnej klasy. Sądzę, że założenie było takie, żeby tyle razy poprawiać oceny, aż w końcu każdemu uda się zaliczyć dany przedmiot. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Nauczyciel robi test. Dajmy na to, że uczeń dostał 2 na 10 możliwych punktów. Żeby zaliczyć powinien zebrać min. 5. Co robi nauczyciel? Stawia z automatu 5. Z egzaminu semestralnego trzeba uzyskać min. 15 pkt, żeby go zdać. Uczeń dostaje 3 pkt. Co robi nauczyciel? Stawia mu 15. I takim oto sposobem uczeń, któremu nie zależy na nauce śpi spokojnie, na każdą lekcję przychodzi totalnie nieprzygotowany i po prostu na niej jest. Albo wychodzi do łazienki i wraca pod koniec :).

Na tym jednak nie kończy się absurd tego zjawiska :). Załóżmy, że wystawiłam uczniowi, który absolutnie na nią nie zasługuje, minimalną liczbę punktów do zaliczenia semestru. Co to o mnie świadczy? Że jestem beznadziejnym nauczycielem i skoro ma tak niską ocenę to nie umiem go porządnie nauczyć. Do czego to się sprowadza? Że nie dość, że zamiast, na przykład, 20 pkt dałam mu 50, to skreślam 50 i wstawiam 70. Taka tajska nauczycielska praktyka. To co, wprowadzamy nową ustawę w polskim systemie edukacji? 😉