Dzień jak co dzień w tajskiej szkole

Życie w Tajlandii

Dzień w szkole podstawowej, w której pracuję zaczyna się o godz. 8 odśpiewaniem hymnu państwowego, modlitwą buddyjską i przemówieniem wybranego nauczyciela. Na szczęście mnie te przemowy omijają, bo, niestety, nikt oprócz jednej tajskiej nauczycielki, która potrafi mówić po angielsku by mnie nie zrozumiał. Po całej porannej ceremonii, dzieci zaczynają lekcje. Trwają one ciągiem, z godzinną przerwą na lunch, od 8:30 do 15:30. Można myśleć, że poza codziennym apelem, schemat działania tajskiej szkoły niewiele różni się od naszego. Niestety (stety) różni się znacznie. Tu lekcje nie trwają 45 minut, a 60 i, co najbardziej zaskakujące, uczniowie (a co za tym idzie nauczyciele) nie mają żadnych przerw pomiędzy zajęciami. Dzwonek teoretycznie jest, ale rzadko dzwoni. Jak ktoś sobie przypomni to zadzwoni, jak nie to nie. W praktyce wychodzi tak, że dzwoni średnio 2 razy dziennie: aby zawiadomić, że trzeba się ustawić na poranny apel i zasygnalizować, że jest koniec lunchu. I tyle. Nikt nie przywiązuje wagi do takich szczegółów.

???????????????????????????????

Nikt również nie przejmuje się, że lekcje zaczynają się 15 czy 30 minut później. Na początku pracy w szkole nie mogłam przestawić się do takiego rytmu dnia, w którym uczniowie schodzą się do klasy mimo, że lekcja trwa od kilkunastu minut albo wychodzą w czasie jej trwania, bo muszą się napić wody, a wracają za 20 min i nikt nie widzi w tym problemu. W mojej szkole jestem jedyną zagraniczną nauczycielką i muszę przyznać, że kilka tygodni zajęło mi „dostosowywanie” się do obyczajów tajskiego szkolnego życia. Na szczęście jedna nauczycielka Tajka, która mówi po angielsku wprowadziła mnie we wszystko i wiele spraw wytłumaczyła, bo dla mnie były (i niektóre nadal są) nie do pomyślenia. Gdyby nie ona to myślę, że część rzeczy byłoby mi ciężko zrozumieć i przestawić się, przynajmniej w teorii, na „ich” system myślenia.

???????????????????????????????

Niestety, ale muszę to napisać. Jeśli ktoś z Was chce przyjechać do Tajlandii i zrobić rewolucję w szkolnictwie, to niech lepiej zostanie w domu. Poznałam kilku wolontariuszy, którzy przyjechali zbawiać tajskie dzieci i nauczać ich po „europejsku”. Wyjechali sfrustrowani, załamani i co lekcję kilka razy biegali po jakiegoś tajskiego nauczyciela z prośbą o pomoc. Wtedy dany nauczyciel idzie do klasy i załatwia „sprawę” długą linijką. Taka forma kary, ich zdaniem, powinna nauczyć ucznia posłuchu i szacunku wobec innej osoby, w szczególności nauczyciela. Do tych praktyk w szkole niestety dalej się nie mogę przyzwyczaić, a są one, przynajmniej w państwowych szkołach, standardem. W prywatnych i międzynarodowych jest lepiej, bardziej „po naszemu”.

???????????????????????????????

Liczebność klasy też jest ciekawą sprawą. Uczę angielskiego w 10 klasach i średnia liczba uczniów w każdej klasie wynosi 40. Na początku pracy zastanawiałam się, w jaki sposób będę sprawdzać listę obecności skoro nie znam tajskiego alfabetu, ale szybko moje wątpliwości zostały rozwiane – listy się nie sprawdza. Niby powinno się to robić, ale uczniów jest na tyle dużo, że nikt nie marnuje czasu na takie rzeczy. Bo po co.

???????????????????????????????

Bym zapomniała! Jedną z istotniejszych rzeczy w tajskiej szkole jest wygląd. Schludny, czysty i „grzeczny”. Uczniowie chodzą w mundurkach, każdy nosi takie same buty, dziewczynki mają spięte włosy granatową gumką z kokardką i nie ma dowolności w wyborze plecaka – wszyscy mają mieć taki sam – czarny, charakterystyczny (kiedyś zrobię zdjęcie to wstawię). Do tego białe skarpetki wysoko naciągnięte, po tygodniu noszenia podziurawione.

???????????????????????????????

Każdy dzień tygodnia to inny kolor szkolnego stroju. Nauczycieli też obowiązują kolory (poniedziałek – żółty, wtorek – różowy, środa – dowolny, czwartek – pomarańczowy, piątek – niebieski). Oczywiście codziennie schludnie i elegancko, a temat ubrań jest najczęstszym tematem plotek w pokoju nauczycielskim. Czasem się cieszę, że nie rozumiem tajskiego. Po tygodniu pracy w szkole pojechałam na zakupy, bo ubrania po naszych podróżach nie były wystarczająco „polite” i w odpowiednich kolorach, żeby pokazywać się w nich w szkole :).

???????????????????????????????

Wiele by opowiadać o funkcjonowaniu tajskiej szkoły. Każdego dnia zaskakują mnie coraz to nowe rzeczy i dostrzegam różnice, które u nas by po prostu „nie przeszły”. Dla mnie to świetne doświadczenie zawodowe i (już niedługo, wierzę w to nieustannie) wiza w paszporcie na rok. Jak ktoś planuje nauczycielską przygodę zawodową, polecam Tajlandię!